• Wpisów:309
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis:118 dni temu
  • Licznik odwiedzin:76 179 / 2576 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Czekam i myślę...
Zastanawiam się...
Układam scenariusze...
i zaczynają dopadać mnie wątpliwości.
Czy dam radę? Poradzę sobie? A może jednak za dużo obowiązków chce na siebie wziąć?
Nie wiem co mam zrobić... Na co się zdecydować?
Której pracy się podjąć na 100%?
Wciąż czekam na decyzje innych, ale w końcu to ja decyduje o swoim życiu.

Siedzenie w domu zdecydowanie mi nie sprzyja.
Chyba lepiej odnajduje się w zgiełku i ciągłym biegu.
Mam wrażenie, że gdy mam więcej rzeczy na głowie, w moim życiu panuje większy porządek.
W grudniu gdy grafik miałam wypełniony marzyłam jedynie o chwili spokoju, ale teraz gdy tego pokoju mam aż nad to zaczynam popadać w jakiś dziwny nastrój. Nic nie ma sensu, wszystko okazuje się bezcelowe i puste, zaczynam jedynie egzystować...
 

 
Jestem u siebie.
W znanym mi środowisku, wśród ludzi, którzy mnie znają, lubią i szanują.
Ale wszystko jest jakieś dziwne...
przez pół roku sprawy układały się całkiem dobrze. Momentami byłam nawet pod wrażeniem, bo wydawało mi się, że ludzie się nie zmieniają.
W grudniu czar prysł.
Wrócił stary porządek.
Huśtawka nastrojów, faworyzowanie, głupie docinki, rzucanie kluczami i obracanie się na pięcie.
Niby nic nowego, ale myślałam, że drugi raz nie będę tego przeżywać... a jednak...
Już jestem za stara na takie zachowania, nie chce mi się wysłuchiwać narzekania i marudzenia, nie chce kolejnych afer z niczego.
Kiedyś wiedziałam czego chce. Miałam jasno określone cele i priorytety.
Ostatnimi czasy przewartościowałam swoje życie. Doszłam do wniosku, że czas wskoczyć na wyższy level. Zacząć nowy etap.
Niestety zanim to zrobię muszę się "ustawić" i to właśnie sprawia, że ponownie czuję się jakby zawieszona w próżni.
Czekam na decyzje innych. Nie mam wpływu na to co się stanie, mogę jedynie cierpliwie czekać i mieć nadzieję, że sprawy poukładają się po mojej myśli.
Zaczęłam snuć plany dalekosiężne, niestety wszystkie zależą od tego co wydarzy się w najbliższym czasie.
Chciałabym już wiedzieć coś teraz, ale jak to zazwyczaj w moim życiu bywa na wszystko muszę czekać.
Cierpliwość stała się moim drugim imieniem...



 

 
Czas zleciał strasznie szybko.
Dopiero co 6 grudnia piekłam ciasteczka i miałam dużo czasu na ich ozdobienie.
Teraz jest już 11 stycznia, a po ciasteczkach nie ma ani śladu.
Miałam ambitne plany na odpoczynek i zrobienie wszystkiego bez pośpiechu, ale jak to zawsze bywa nic nie dzieje się tak jakbym tego chciała.
Grudzień był dla mnie niezwykle intensywnym miesiącem.
Kiedy skończyłam z jedną rzeczą od razu zabierałam się za kolejną.
I tak na dobrą sprawę dopiero w ten poniedziałek 8 stycznia mogłam powiedzieć stop.
Psychiczne dojście do siebie zajęło mi prawie cztery dni.
Dopiero dzisiaj mogłam się ponudzić, ale mój błogostan raczej nie potrwa zbyt długo.
Moja nowa lista zadań już ma kilka punktów.

Uwielbiam moich przyjaciół, organizować i spędzać z nimi wspólny czas, ale teraz jak nigdy mam tego dość.
Najchętniej nie wychodziłabym z domu, siedziała pod kocem i oglądała seriale.
W grę wchodzi też wyjazd na wakacje do ciepłych krajów, ale z dwóch powodów jest to nie realne.
Po pierwsze praca jaką wykonuje jest bardzo czasochłonna, po drugie, co po części wiążę się z pierwszym, nie mam pieniędzy, bo pracodawca zalega z płatnościami. Niestety zbuntowanie się i zmiana pracy nie wchodzą w grę, bo musiałabym wyjechać chyba na drugi koniec Polski.

Teraz powoli łapiemy rytm. Wszystko się stabilizuje i wraca do normy. Za chwilę pewnie jednak zacznę tęsknić na zgiełkiem i chaosem.

Całe szczęście, że teraz mieszkamy tak blisko.
Zawsze można coś zorganizować na spontanie :)

Ale póki mogę ciesze się chwilami spokoju i samotności.
Muszę przyznać, że trzy tygodnie przebywania ze sobą 24/h mimo że spędzone super, sprawia, że tęskni się na samotnymi wieczorami.
Kocham go, ale czasem chyba każdy potrzebuje czasu dla siebie, gdy po prostu robi się "nic".
Został mi jeszcze jeden taki i wykorzystam go bezproduktywne leżenie na kanapie, oglądanie telewizji i przeglądanie babskich stron internetowych.
Żyć nie umierać!:)
 

 
To pytanie już od jakiegoś czasu zaprząta moją głowę.
Mam poukładane i szczęśliwe życie. Wszystko na swoim miejscu.
Ale czasem łapię się na tym, że zastanawiam się co by się stało jakby wszystko potoczyło się zupełnie innym torem, albo co gorsza by było gdybym teraz postanowiła to wszystko zmienić.
Zacząć wszystko od nowa. Wyprowadzić się, poznać nowych ludzi i spróbować żyć samemu.
Jednak za bardzo kocham swoich bliskich żeby im to zrobić, nie mogłabym ich tak zostawić be słowa pożegnania.
Co raz częściej też zaczynam kwestionować siebie i swoje wybory.
Kiedyś to co robię było dla mnie sensem życia. Jedyną opcją. Nigdy nie miałam wątpliwości, że do tego jestem stworzona, aż do wczoraj.
Poczułam, że coś we mnie pękło.
Już nie patrze na świat tymi samymi oczami co kiedyś.
Kiedyś bardziej się przejmowałam, nie potrafiłam żyć niczym innym, a teraz... Teraz chyba dorosłam.
Czuje, że się zmieniłam, moje wnętrze się zmieniło.
Najgorsze jest w tym wszystkim to, że mam to wszystko gdzieś.
To, że ktoś zwróci mi uwagę, krzyknie na mnie już nie robi na mnie wrażenia.
Chciałabym żeby było jak kiedyś, ale nie wiem jak do tego wrócić.
Po dwóch latach poza domem nie jestem już tą samą osobą.
W końcu dostrzegłam fakt, że nie jestem najlepsza, że przychodzą młode i bardziej utalentowane osoby niż ja...
Póki co będę dalej robić swoje, starając się nie myśleć przy tym za dużo.
Ale to nie jedyna kwestia nad którą rozmyślam.
Ostatnio usłyszałam od ludzi bardzo dużo komplementów.
"Mógłbym się w Tobie zakochać"
Rzucone mimo chodem, przez kogoś pod wpływem alkoholu, niby nic nie znaczące, ale sprawiło, że znowu zaczęłam mieć dziwne sny.
I nie chodzi tu o tego, co to powiedział, ale o jego imiennika.
Wiem, że coś do mnie czuje..
Wiem, że gdyby nie "M" on by się nie zastanawiał.





 

 
Zbieram się do tego wpisu już od jakiegoś czasu.
Wbrew wszystkiemu udało mi się.
Wróciłam do domu! Jestem u siebie! Wśród ludzi, których znam, którzy znają mnie i wiedzą jaka jestem.
Jednak do samego końca nie wiedziałam czy to się uda. Przez prawie dwa miesiące byłam kłębkiem nerwów. Nikomu nie życzę czegoś takiego.
Nie móc niczego zaplanować, nie wiedzieć co przyniesie jutro.

Kiedy dowiedziałam się, że wracamy byłam wniebowzięta. Skakałam z radości. Cały czas się uśmiechałam.

Ale teraz, kiedy jestem tu od prawie dwóch miesięcy zaczynają dopadać mnie wątpliwości.
Moje całe życie kręci się wokół jednej rzeczy. Było tak odkąd pamiętam.
Zawsze miałam też inne pasje i zainteresowania, ale nic tego nie przebijało.
Teraz kiedy jestem starsza i rozmyślam nad swoim życiem, zastanawiam się czy to co robię ma sens. Czy jestem w tym wystarczająco dobra.
Poprzednie dwa lata dały mi się we znaki. Przez nie zaczęłam kwestionować słuszność swoich decyzji.
Zamiast zrobić krok do przodu zrobiłam dwa duże, ale w tył.
Miałam nadzieje, że dom sprawi, że wszystko wróci do stanu poprzedniego.
Niestety nic na świecie nie stoi w miejscu. Wszystko się zmienia.
Owszem wróciłam do siebie, ale z obrazem w głowie jaki zapamiętałam odchodząc.
Początkowo wszystko wyglądało tak samo, ale już po kilku dniach wiedziałam, że jest zupełnie inaczej.
Przede wszystkim to ja się zmieniłam. Nie mam już dwudziestu lat. W zupełnie inny sposób patrze teraz na świat, w moim życiu liczą się teraz inne rzeczy.
W głowie mam swój obraz z przed odejścia. To jaka byłam.
Bardzo bym chciała "wrócić do siebie", ale jest to strasznie ciężkie.
Staram się jak tylko mogę, czuję, że powoli odzyskuję siebie.
Niestety nie wszystko idzie po mojej myśli.
Na horyzoncie pojawiła się "świeża krew" i to utalentowana.
Boję się, że może pokrzyżować mi moje plany.
Zwłaszcza wtedy gdy ma za sobą ludzi, którzy w nią wierzą.
Ze mną jest inaczej... Czuje, że mam wsparcie, ale nie takie jak ona. Ode mnie wymaga się więcej, mało kto docenia moje małe kroczki.
W oczach wszystkich jestem tą samą osobą co dwa lata temu. Nie widzą ile pracy kosztuje mnie powrót do tego stanu.

Mimo wszystko nie mam zamiaru się poddać. Będę walczyć! Przede wszystkim dlatego, że bardzo tego chcę i potrzebuje!!

 

 
Czarny scenariusz właśnie się ziścił.
Plan B legł w gruzach.
Szanse na powrót do domu są minimalne.
Cały czas mam nadzieję, ale coraz trudniej wierzyć mi w szczęśliwe zakończenie.
Zaczynam godzić się z myślą, że albo czeka mnie rok przerwy albo kolejny rok z dala od bliskich...







  • awatar Gość: Przykre :( jestem wściekły :(
  • awatar Beyond Comprehension: To się nazywa efekt motyla. Ktoś rzuca tlącego się peta (niewinne i mało istotne, prawda?), a gdzie indziej wybucha pożar. Nie zwracamy uwagi na szczegóły, bo bagatelizujemy je jako nic nie znaczące. A one nie raz decydują o wszystkim.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Po raz kolejny życie ze mnie zakpiło...
Perfidnie zaśmiało mi się w twarz.
Myślałam, że już wszystko mam ustalone, że nic niespodziewanego nie może się stać.
Plan był banalnie prosty...
Niestety w moim przypadku, jeżeli coś na pierwszy rzut oka wydaje się na zbyt proste i łatwe do wykonania, to zazwyczaj przy kolejnym spojrzeniu okazuje się złudzeniem.
A droga do celu z prostej i przyjemnej do przejścia, staje się krętą, wąską ścieżką pełną wybojów i kamieni.

Czeka mnie kolejny czas niepewności.
A to w tym wszystkim jest najgorsze.
Niewiadoma co do dalszej przyszłości, strach przed kolejnym dniem i przed tym co może przynieść świt.

Boję się tego co będzie jutro, bo wiem, że nie mogę nic zrobić.
Jestem bezradna.
Uzależniona od innych... a tego nie lubię najbardziej.
  • awatar Beyond Comprehension: Łamiesz się jak zapałka. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim. Z tak słabym i niezdecydowanym człowiekiem. No szok.
  • awatar Gość: Nawet myszą musi wyjść z nory żeby się nażreć i rozmnożyć. Czy czuje strach? Pewnie natura musiała ją w to wyposażyć, ale i jednocześnie w instynkty, żeby się przemóc. Działaj, mysz głupsza jest od Ciebie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wszystko sprowadza się do tego jednego słowa.
Jak ktoś w Ciebie uwierzy i da Ci możliwość do pokazania siebie i swoich umiejętności to masz SZANSE na sukces.
Ale potrzebny jest ktoś kto nie będzie Ci utrudniał i podkładał kłody pod nogi, lecz ktoś kto poklepie Cie po plechach, szepnie do ucha radę w trudnym momencie, pokaże błędy i pomoże więcej ich nie popełniać.
Ktoś kto będzie Cie szanował, kto wysłucha Twoich argumentów i czasem przyzna się, że nie miał racji.
Ktoś kto wyżej ceni sobie innych niż samego siebie, ktoś kto nie będzie uważał się za pępek świata.
Jeżeli już spotkasz kogoś takiego, to masz ogromne szczęście.
Takich mądrych ludzi na świecie jest niestety tyko garstka, dlatego jeżeli masz z kimś takim do czynienia to trzymaj się go.

Ja nie miałam takiego szczęścia.
Za każdym razem miałam pod górkę.
Chciałabym żeby ktoś tak we mnie uwierzył.
Mimo wszystko nie poddaje się.
Walczę sama o swoje szczęście.
Jak będzie? Czy przeszłość jaką miałam wpłynie na przyszłość? A jeżeli to z jakim skutkiem?
Uda mi się znowu grać pierwsze skrzypce?
Być tą najważniejszą?

Przez ostatnie dwa lata bardzo zawiodłam się na ludziach.
Nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie.
Nie wiem czemu tak się stało...

Dzisiaj wygrałam małą potyczkę.
Jestem z siebie dumna, bo nie dałam się ponieść emocjom.
Mówiłam z wysoko podniesioną głową.
Za to mój przeciwnik się miotał.
Przeczył sam sobie, przez co sam się pogrążył.
Teraz się cieszę, ale boję się tego co może być jutro...
Został ostatni dzień... będę musiała trzymać się na baczności i nie dać się sprowokować.







 

 
W końcu się doczekałam.
Nie jestem już w próżni.
Świat nabrał kolorów. Z ciekawością rozejrzałam się dookoła.
Teraz siedzę w kasynie.
Jak na razie, razem ze mną przy stole do pokera siedzi dwóch graczy.
Część kart została odkryta.
Mniej więcej wiem na czym stoję.
Moje karty nie są najlepsze, ale przy dobrych wiatrach coś z nimi ugram.
W dalszym ciągu jednak nie do końca wiem czym grają przeciwnicy.
Poznałam karty jednego z nich, troszkę oszukałam, bo ukradkiem zerknęłam na to co trzyma w dłoni, ale sam się odsłonił.
Nie do końca wiem co o nich myśleć. Jeżeli kolejne karty mu podejdą, jestem na straconej pozycji.
Próbuje kalkulować na spokojnie.
Jeżeli karta przypasuje mi to reszta nie ma szans... jednak jak los ze mnie zakpi i na stole pojawi się as to nie będę miała szans.
Czyli znowu muszę być cierpliwa...
Poczekam na ruchy przeciwników.
Zobaczę ile są w stanie zaryzykować.

Zamiast się cieszyć i planować spokojną i pewną przyszłość to ja wymyślam jakieś dziwne scenariusze.
Najgorsze jest to, że każdy z nich ma szanse się spełnić, a ja sama nie wiem, który będzie dla mnie najodpowiedniejszy.

Przeczytałam gdzieś ostatnio, że są ludzie, którzy cierpią z powodu radości. Boją się cieszyć ze swojej dobrej passy i powodzenia, bo wiedzą, że prędzej czy później to stracą...
Zastanawiam się czy ostatnio i ja w to nie popadam...








 

 
Nie mogę uwierzyć w to jaka byłam naiwna...
Przed przyjazdem myślałam, że złapałam pana boga za nogi, że nie mogłam trafić lepiej.
Niestety jak to bywa, życie zweryfikowało wszytko.
Zamiast być w zwycięskiej drużynie, jestem jedną z wielu przegranych.
Wydawało mi się, że ze mną będzie inaczej, że przełamię stereotyp i będę świeciła przykładem.
Nie wiem czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie.
Wszyscy mnie ostrzegali, mówili żebym uważała, ale ja chciałam być bezstronna i neutralna.
Boże... nie mogę uwierzyć jaka byłam naiwna i głupia!
Został miesiąc...
W najbliższym czasie sytuacja powinna się wyjaśnić.
Ale zanim dowiem się, które drzwi otworzy przede mną życie, spędzę czas w próżni niepewności.

 

 
Jestem ciekawa dzisiejszego i jutrzejszego dnia.
W ostatnim czasie zapierniczałam jak głupia.
Chce coś udowodnić tylko i wyłącznie sobie.

Jestem głupia bo cały czas się łudzę...
Mimo, że wiem, że nie ma na to najmniejszych szans.
A jednak...

Teraz okaże się czy moje starania, chociaż w minimalnym stopniu zostały zauważone.
W końcu miałam walczyć o swoje i pokazać charakter...

W całej mojej walce z wiatrakami, zdaje sobie sprawę, że mogę zostać całkowicie odsunięta na bok, mimo, że zupełnie na to nie zasługuje.

Jednak cały czas tli się we mnie nadzieja...







  • awatar Gość: Ścięta głowa kota gada i gada... od rzeczy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Myślałam, że limit pecha już wykorzystałam...
Że życie nie może już mnie zaskoczyć w żaden sposób.
Oczywiście myliłam się.
Chociaż jak na mnie zadziwiająco spokojnie to przyjęłam.

Dwa najbliższe miesiące zapowiadają się nadzwyczaj stresująco.
Nie wiem jak sobie poradzę.
Znam swoje miejsce w szeregu, swoją wartość i umiejętności, ale dla moich przełożonych liczy się zupełnie coś innego.
Mają swoje własne cele i ambicje, które za wszelką cenę chcą osiągnąć.
W ich planach zawojowania świata ja zostałam zepchnięta na szary koniec.

Czuje się jak w próżni.
Jakby była zawieszona w czasoprzestrzeni.
Mogę jedynie być.
Nie mogę niczego planować.
Moja przyszłość nie zależy ode mnie.
Straszne boje się, tego co nastąpi.
To śmieszne, że mój los zależy od ludzi i wydarzeń, na które ja nie mogę w żaden sposób wpłynąć.
Najgorsze jest patrzeć i nie być w stanie nic zrobić...

Widzieć demony wyskakujące z szafy i nie móc się przed nimi bronić...





 

 
Chciałabym już wszystko sobie planować.
Wybierać kolory farb, szukać płytek, przebierać w katalogach mebli...
Niestety jeszcze nie mogę, a raczej boję się to robić.
Bo co będzie jak nie wypali?
Jak okaże się, że planowałam na marne?
A co gorsze jak okaże się, że nie ma do czego wracać?
To mój największy strach, największa bolączka...
Nie chce póki co zmieniać tej części mojego życia.
Chciałabym jeszcze przez najbliższych kilka lat spełniać się w swojej pasji.
Nie wiem... naprawdę nie wiem co zrobię jak to nie wypali...







  • awatar Yoasiczka: Chciałabym mieć takie włosy jak na ostatnim zdjęciu. Ale też tylko mogę pomarzyć o takich.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Przede mną chyba najgorszy czas.
Muszę siedzieć cierpliwie i czekać na to co się wydarzy.
Najgorsze jest to, że nie mam wpływu na nic.
Nic nie mogę zrobić.
Pozostaje mi trzymanie kciuków i liczenie na to, że wszystko jakoś będzie.
A zależy mi żeby wszystko się ułożyło.
Nie chce nawet myśleć co będzie ze mną jak coś pójdzie nie tak...





  • awatar Gość: Tak, teraz zostało Ci tylko oczekiwanie... na poród. Ale chciałam zauważyć, że ciąża nie pojawia się od bezczynnego czekania, więc jednak o czymś tu nie napisałaś :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Nie sądziłam, że może być jeszcze gorzej, że sprawy przyjmą tak dramatyczny obrót.
Karce się w myślach za to, że byłam tak bardzo ufna i naiwna.
Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką dwulicowością, z tak perfidnym zachowaniem w stosunku do drugiego człowieka...
Wiem, każdy dba o siebie jak potrafi, ale iść po trupach do celu nie zważając na napotkane osoby?
Pierwszy raz w życiu spotykam się z czymś tak okropnym.
Muszę wytrzymać jeszcze dwa miesiące...
Dwa miesiące i wrócę do domu.
Modle się tylko o to żeby było do czego wracać.
Nie mam pojęcia co zrobię jak wszystko mi się rozsypie...